Wiosną myślę o szkole…

Wiosna jest cudna. Z powodu pogody, wydłużających się dni i zieleni wokół. Dla mnie – matki zerówkowicza – ma ona jednak i ten gorszy wymiar. Wiosna bowiem to czas, gdy trzeba zapisać dziecko do szkoły.  Skąd ten stres? Jest wiele powodów. Między innymi ten, że szkoła, do której chcemy się zapisać jeszcze nie jest wybudowana. Boję się, czy rzeczywiście zdążą na czas, czy moje dziecko będzie chodzić kolejny rok do placówki tymczasowej, która szkoły nie przypomina i w systemie zmianowym, kiedy trzy razy w tygodniu zajęcia kończą się o 18… Druga moja obawa jest związana z nowym programem i beznadziejną reformą. Czy moje dziecko da sobie radę po zerówce, w której nie wolno było uczyć czytać i pisać?

Naprawdę to wygląda tak: obecnie moja sześcioletnia córka chodzi do szkoły się bawić, prawdziwą szkołę ma dopiero w domu. To w domu uczymy się pisać i czytać, dodawać i odejmować i rozwiązywać masę zadań. Co najlepsze – to nie jest mój wymysł, jako ambitnej matki, ale reakcja na potrzeby mojego dziecka, które wręcz mnie błagało, byśmy zaczęły uczyć się czytać. No, bo szkoła niestety tego nie robi, a dziecko ma potrzebę rozwoju…

Nie wiem, jak to będzie wszystko wyglądać od września. Myślę, że to niewiadoma taka sama dla mnie, jak i dla nauczycieli i rządu. Jeden wielki eksperyment na naszych siedmioletnich dzieciach, które we wrześniu spotkają się z rocznikiem  młodszym i zasiądą z nim w ławkach. I teraz pytanie: kto do kogo będzie równał?  Czy moja siedmiolatka umiejąca pisać i czytać zacznie znowu etap przedszkolny, w którym króluje kolorowanie i wycinanie? Czy może to sześciolatki wrzucone na głęboką wodę, umiejące jedynie rysować i śpiewać – zostaną posadzone nad zeszytem w trzy linie z nadzieją, że może im się uda chociaż koślawo nadgonić starszych? Nie wiem i chyba nie chcę już tego wiedzieć.

Rozumiem stres rodziców dzieci sześcioletnich, którzy są przerażeni tym, że ich dziecko idzie do pierwszej klasy bez przygotowania. Nie zna liter, nie radzi sobie ze szlaczkami, liczenie na patyczkach też mu nie wychodzi.  Czy to wina rodziców, którzy nie nauczyli tego dziecka? Nie, to wina systemu, który nie został elastycznie zmieniony i dostosowany do nowej sytuacji. Państwo jednak problemu nie widzi. Ich argumenty jednak łatwo obalić. Mówią, że dzieci z dwóch roczników będą uczyć się w różnych klasach i nie spotkają się w jednej ławce. Czy to rozwiązuje problem? Nie. Co z tego, że nie będą razem w klasach (choć w to nie wierzę), skoro wszystkie pierwszaki będą miały tę samą podstawę programową – jednym słowem – muszą umieć to samo.  Gdzieś mi się obiło o uszy, że program pierwszej klasy będzie dzielony na pół. Pierwsza część będzie wyciągać sześciolatków z niewiedzy, a siedmiolatki zanudzać kolejny rok szlaczkami, a druga część – będzie już edukacją na poziomie pierwszej klasy. Czujecie to? A co z dziećmi, które nie nadążą za tym szaleńczym tempem? No cóż- tu też rząd ma gotową odpowiedź: dzieci zostaną sobie na drugi rok w pierwszej klasie. Problem z głowy! Albo jeszcze lepiej – będzie można cofnąć swojego pierwszaka do zerówki. A co! Niech się gówniarz od małego przyzwyczaja, że życie łatwe nie jest i że czasem obrywa się za błędy innych. Eh…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>