Ostatni dzień ferii

Nastał ostatni dzień ferii.  To mój szczęśliwy dzień i proszę nie nazywać mnie wyrodną matką. Nasze „ferie” bowiem nie trwały dwa tygodnie, ale jakieś 3 miesiące.  Wszystko przez choróbska, które spadły na moje dziewczyny. Przerobiłyśmy: półpaśca, zapalenie płuc, ropne zapalenie gardła, zapalenie ucha, 2 rotawirusy i jakieś 4 infekcje górnych dróg oddechowych. Efekt? 4 antybiotyki i wykluczenie z życia przedszkolnego i szkolnego, a mojego zawodowego. Dlatego się cieszę. Cieszę się, bo to koniec siedzenia z dziećmi i od poniedziałku nastanie czas, gdy pracą będę mogła zajmować się o ludzkich porach.

No, ale żeby nie było już tak całkiem ponuro, urwaliśmy się na kilka dni krótkiego urlopu. W sumie nasz wyjazd był efektem mojej rozpaczy nad chorowitymi dziećmi. Stwierdziłam, że skoro mają kaszleć i smarkać, to chociaż w ładniejszych okolicznościach przyrody. Bardzo potrzebowałam też sama oddechu od tej paskudnej rutyny, która mnie ostatnio dopadła, a wiadomo – sfrustrowana matka to matka, której dzieci nie lubią. Mąż też.  Zatem ratując moje relacje z dziewczynami i mężem  oraz własną psychikę, wylądowaliśmy w Trójmieście. Taki mały 4-dniowy resecik.

Wystarczyło. Wystarczyło, że zobaczyłam ukochane morze skąpane w zimowym (?) słońcu i od razu plus 100 na moim mierniku samopoczucia.  Wystarczyło, że pospacerowałam po plaży, wyzbierałam chyba wszystkie mikroskopijne bursztyny, nakarmiłam zabijające się  o nasze głowy mewy i objadłam się cudownymi świeżymi rybami,  by stwierdzić, że życie to jednak jest fajne.

Fajne było również i to, że dziewczyny doceniły ten wyjazd w równym stopniu co my. Fascynacja muszelkami, widokiem na morze prosto z hotelowego okna, ganiającymi po plaży łabędziami i niesamowitymi okazami z Gdyńskiego Akwarium objawiała się donośnym piskiem radości. A zwiedzając Westerplatte czy wchodząc na latarnię morską w Sopocie z zachwyconymi tym dziećmi, uzmysłowiłam sobie, że to już nie są te małe, nieporadne i niesamodzielne niemowlaki, ale kilkulatki chłonące takie podróże niczym najciekawszą wieloprzedmiotową lekcję. Usłyszeć od 6-latki:  „Mamo, a pamiętasz tę rybę z nogami, co nazywała się Aksolotl Meksykański? Opowiem o niej dziewczynom w szkole.” Bezcenne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>